26.03.2009
Tak pięknie, że aż mdli
Jakimi prawami rządzą się śluby gwiazd?
Gdy ludzie z pierwszych stron plotkarskich gazet biorą
ślub, to na ogół nie jest to skromna uroczystość z udziałem
rodziny i kilkorga przyjaciół.
Ceremonia jest starannie zaplanowana, przychodzą setki gości,
przepych nie zna granic, wszystko kosztuje bajońskie sumy. Ale
nie może być inaczej, bo nierzadko to prywatne – zdawałoby się
–wydarzenie jest jednocześnie dochodowym przedsięwzięciem
biznesowym.
Liz Hurley i Arun Nayar mieli prawo sądzić, że nie dosięgną
ich drwiny i szyderstwa. W końcu Nayar jest Hindusem, a ślub
po części miał się odbyć właśnie w Indiach, gdzie wielkie,
trwające nawet tydzień wesela nie należą do rzadkości. Nie ma
też nic niezwykłego w obchodach rozciągających się na dwa
kontynenty.
Liz i Arun nie zdołają jednak umknąć prześmiewcom. Nie wmówią
nikomu, że przepych i ekstrawagancja ceremonii wynika z
różnicy kultur i zasad. Ich uroczystość to nic innego jak
nowoczesne wesele gwiazd z akcentami indyjskimi.
Taki ślub to niełatwa sprawa. Ileż to trzeba podjąć decyzji!
Czym podjedziemy pod kościół? Zwykłym samochodem udekorowanym
girlandami? Eee, tam! Zamówmy 17 koni, każdy w innym kolorze.
Jak w "Czarnoksiężniku z Oz". A ile kosztowałby prawdziwy
czarnoksiężnik? 63 miliony funtów? Czy za tyle można by mieć
Robbiego Williamsa w helikopterze? Albo lepiej Eltona Johna.
Liz Hurley miała też podobno dziesięciu służących i pięć
druhen.
Zasady, jakimi rządzą się dzisiejsze śluby gwiazd,
przypominają umowy przedmałżeńskie. Pryska cały romantyzm
przysięgi składanej przez dwoje ludzi wiążących się aż po kres
ich życia. Do diabła z godnością, skoro można zarobić na
zdjęciach w kolorowym pisemku albo dzięki umowie sponsorskiej
z producentem czekoladek (prezenterka Anthea Turner została
nawet oskarżona o to, że wykorzystała swój ślub do promocji
nowego batonu Cadbury). Po co sławić uczucie, skoro można
uczcić fakt, że magazyn zgodził się zapłacić 1,5 miliona
funtów? (...)
A przecież można inaczej. Kiedy w 2002 roku Paul McCartney
żenił się z Heather Mills, na weselu było trzysta osób.
Uroczystość odbyła się w zamku otoczonym tysiącem akrów ziemi.
Było jezioro, specjalnie wybudowane molo oraz elegancka łódź,
której chyba nawet nikt nie dotknął. Po prostu sobie stała,
pełniąc rolę symbolu luksusu. Jeśli zaś chodzi o całkowicie
niepotrzebne i ulotne kosztowności, jedyną rzeczą droższą od
kwiatów wartych tysiące funtów były sztuczne ognie. Suknia
Heather kosztowała, ostrożnie licząc, około pięciu tysięcy (o
ile panna młoda w ogóle musiała za nią płacić).
W roku 1969 ten sam McCartney poślubił Lindę Eastman.
Ceremonia miała miejsce w urzędzie stanu cywilnego w dzielnicy
Marylebone. Nie zaproszono trzystu gości, choć o wiele więcej
osób, zwłaszcza nastolatek, i tak zjawiło się po to, aby
wyrazić swe niezadowolenie. Państwo młodzi nie odpłynęli w dal
luksusowym statkiem, ale zwyczajnie wyszli z urzędu bocznymi
drzwiami i czym prędzej odjechali samochodem. Kroniki nie
podają nazwiska projektanta płaszcza, który miała na sobie
Linda. Wiadomo jedynie, że okrycie było koloru żółtego.
John Lennon i Yoko Ono podchwycili pomysł Paula i Lindy i
wzięli ślub dwa dni później. O ile jednak państwo McCartney po
prostu odjechali spod budynku urzędu i było po sprawie, to w
wyniku zaślubin Johna i Yoko powstała ballada oraz długaśne
oświadczenie polityczne. A mimo to ich ślub nie był szaleńczo
wystawny. Chodziło raczej o zwrócenie na siebie uwagi. Nie dla
samego poklasku jednak, ale w konkretnym celu – w imię pokoju
na świecie. Tak więc z dzisiejszego punktu widzenia było to
wręcz niewiarygodnie szczere.
Kenneth i Kathleen Tynan pobrali się w New Jersey w 1967 roku.
Ich świadkami byli Marlena Dietrich oraz pewien włóczęga.
Podczas ceremonii Dietrich cofnęła się w kierunku drzwi, aby
je przymknąć. Wtedy urzędnik powiedział: "A czy ty, Kennecie,
bierzesz Kathleen za swą prawowitą – na pani miejscu nie
stałbym z tyłkiem przy otwartych drzwiach – małżonkę i
ślubujesz jej...". Taka sytuacja na ślubie Jordan i Petera
Andre byłaby nie do pomyślenia. Zbyt dużo reżyserii, zbyt mało
śmiałości. Zbyt dużo koni, które mogłyby się spłoszyć. Mama
Davida Bowie pojawia się na jednym z jego ślubnych zdjęć. W
samym środku. Beztroska i pewna siebie. Nie wygląda jak jedna
z dziewcząt z Girls Aloud. Wygląda jak matka. Coś takiego nie
mogłoby się przytrafić mamie Posh.
Nie muszę chyba zaznaczać, że małżeństwo Paula i Heather
trwało – pomimo fanfar – nieco krócej niż związek Paula z
Lindą.
Jeszcze jeden cenny przykład. Zaraz po tym, jak król Henryk
VIII pozbył się Katarzyny Aragońskiej i związał się z Anną
Boleyn, zaczęto mówić o przesadnej wystawności uczt dworskich.
Wprawdzie Katarzyna nie darzyła szczególną niechęcią łabędzia
nadziewanego gęsią nadziewaną szpakiem, ale nie można
powiedzieć, że za jej czasów bezustannie opychano się do
nieprzytomności. Anna tymczasem, chcąc przesłonić dyskomfort
nowej sytuacji, organizowała niekończące się, bezsensownie
uroczyste biesiady, których tradycja trwała jeszcze długo po
jej egzekucji. Jak na ironię, to właśnie owe obżarstwo stało
się prawdopodobnie przyczyną impotencji króla, ale to już
zupełnie inna historia.
Dziś ilość spożywanych kalorii jest wprawdzie znacznie
ograniczona, (...) niemniej stara prawda pozostaje niezmienna:
przesyt nie dodaje prestiżu, a jedynie przyprawia o mdłości.
(...)
Więcej w "The
Guardian"
01.08.2008
"Tak" musi kosztować
W łódzkich parafiach wierni nie mogą liczyć na darmowy ślub.
Reporterzy „Echa Miasta” sprawdzili, czy można za „dobre słowo” stanąć
przed ołtarzem
„Jeśli szybko przyjdziecie do mnie, dam wam darmo ślub” usłyszeli
Ewa i Marcin, od księdza, który chodził w lutym po kolędzie. Zanim
duchowny wypowiedział te słowa, odkrył, że młodzi ludzie mają
kilkumiesięczne dziecko. Zapytał, gdzie brali ślub.
– Nie mamy ślubu – odpowiedziała zgodnie z prawdą para.
Wtedy padła deklaracja. Wypowiedziana z lekkim, żartobliwym uśmiechem
i spointowana żartem przez młodych rodziców:
– Trzymamy księdza za słowo.
„Echo Miasta” postanowiło sprawdzić, czy w Łodzi rzeczywiście da się
darmo wziąć ślub kościelny.
Chciałby pan pracować darmo?
W przyszłego małżonka wcielił się reporter „Echa
Miasta”. Chciał zarezerwować datę ślubu, a przy okazji zapytać, czy
księża udzielą darmo ślubu komuś, kogo nie stać na zapłacenie kilkuset
złotych za sakrament. Wybraliśmy parafie w różnych punktach miasta.
Zaczęliśmy od kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu u zbiegu
ul. Pabianickiej i al. Włókniarzy.
W kancelarii przyjmował młody ksiądz w ciemnym „cywilnym” ubraniu.
– Szczęść Boże. Chciałbym ustalić datę ślubu – zaczął nasz pan młody.
– A kiedy chciałby pan wziąć ślub? – zapytał ksiądz.
– We wrześniu – sprecyzował „narzeczony”. – Około połowy września.
Ksiądz otworzył spory zeszyt, znalazł datę piętnastego września i
podał kilka wariantów godziny. Potem zaczął recytować listę
potrzebnych dokumentów.
– Gdzie mieszkacie?
– Niedaleko, przy Pabianickiej. Ale nie mamy tu meldunku to ma jakieś
znaczenie? – spytał „narzeczony”.
– To będą potrzebne zaświadczenia z waszych dotychczasowych parafii –
dodał ksiądz lekko zniesmaczony.
– Ile kosztuje ślub? – zapytał „narzeczony”.
– No weźcie z dziesięć tysięcy z pieniędzy na wesele. Powinno
wystarczyć – zażartował ksiądz i już poważnie dodał: – Jak
przyjdziecie, to pogadamy.
– Nie mamy pieniędzy na wesele. Będzie tylko skromne przyjęcie w domu
– wyjaśnił „narzeczony” i nie dając za wygraną powtórzył pytanie: No
ale chyba jest jakiś cennik?
– U nas nie ma cennika, są sugestie – odparł ksiądz.
– A jest szansa, że ksiądz zwolni nas z opłat i udzieli ślubu za
darmo? Jesteśmy w trudnej sytuacji finansowej, a czujemy silną
potrzebę wzięcia ślubu w kościele – tłumaczył „narzeczony”.
– Ma pan pracę? – nieoczekiwanie zapytał ksiądz.
– Nie mam, ale szukam – odparł „narzeczony”.
– To jak pan już znajdzie i będzie pracował, to niech pan sobie zada
pytanie: Czy chciałbym jeden dzień pracować za darmo… – zabrzmiała
odpowiedź o darmowy ślub.
W katedrze? Raczej nie
Dokładnie to samo pytanie zadaliśmy w archikatedrze
pod wezwaniem św. Stanisława Kostki. Tutaj w kancelarii przyjmował
przemiły ksiądz w sutannie. Najpierw długo wypytywał o szczegóły,
instruował o potrzebnych dokumentach. Doradzał, kiedy najlepiej
wyciągać je z urzędów lub kancelarii parafialnych, by do września nie
straciły ważności. I nie ukrywał cennika.
– Jakie są opłaty? – zapytał przyszły pan młody.
– Rezerwacja terminu kosztuje pięćdziesiąt złotych. Za ślub płacicie
pięćset złotych – odparł ksiądz.
– To dla nas bardzo dużo… – zmartwił się „narzeczony”.
– No, jako że jesteście moimi parafianami mogę opuścić na ślubie sto
złotych – z uśmiechem zgodził się ksiądz.
– A jest szansa, że ksiądz zwolni nas z opłat i udzieli ślubu darmo? –
nieśmiało zapytał „narzeczony”.
– Raczej nie – miło, ale stanowczo odrzekł duchowny.
Płacą i nie gadają
Trzecia próba miała miejsce w parafii pod
wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy ul. Zgierskiej.
Tym razem w kancelarii urzędowała świecka pracownica kościoła. Po
omówieniu formalności, padło sakramentalne pytanie: Ile kosztuje ślub?
– U nas płaci się czterysta osiemdziesiąt złotych – wyrecytowała
kobieta.
– A jest szansa na zwolnienie z opłat? Ja i narzeczona jesteśmy w
trudnej sytuacji materialnej… – zapytał nasz „narzeczony”.
– No wie pan… – żachnęła się pracownica kancelarii. – Wszyscy tyle
płacą.
– Ale słyszałem, że jest taki dzień w roku, w którym kościoły
udzielają darmowych ślubów – próbował targów „narzeczony”.
– Nic o tym nie słyszałam – skwitowała pracownica kancelarii.
Andrzej Adamczewski
www.echomiasta.pl
31.08.2007
Polska żona dla Brytyjczyka
"Metro": Brytyjczycy okupują
londyńskie biura matrymonialne, odkąd pojawiły się w nich oferty polskich
dziewczyn. Chris, 26-letni informatyk z Londynu, nie ma złudzeń. "Każdy z
nas chce mieć żonę z Polski. Urodą i inteligencją przebijają wszystkie inne
kandydatki, z którymi się spotykałem" - podkreśla. Dlatego od razu szukał
partnerki w miejscowej agencji, która posiada oferty matrymonialne polskich
dziewczyn. I znalazł. Chce być z 24-letnią Aliną, która przyjechała do pracy w
podlondyńskim hotelu.
Londyński rynek matrymonialnego pośrednictwa od
razu zauważył, że dziewczyny z Polski to lep na tubylców, ale też na innych
Europejczyków, którzy szukają życiowej partnerki. Według brytyjskiej gazety "The
Guardian" w samym Londynie jest już około tysiąca polsko-angielskich par. A
będzie ich o wiele więcej, bo aż 61 proc. Polek obecnych na Wyspach ma mniej niż
34 lata i właśnie tam będzie chciało ułożyć sobie życie. Firmy zaczęły więc
wabić samotne Polki reklamami - podaje dziennik.
"Anglicy zakochali się w Polkach. Przyjdź do naszego biura, oni tam już
czekają" - trąbią ogłoszenia w angielskich dziennikach.
Londyńskie biuro
Sun for Single przygotowało nawet projekt Polish Bride (Polska panna młoda), w
którym zajęło się kojarzeniem Polek z mieszkańcami Londynu.
Na
zainteresowaniu polskimi żonami zaczęli też zarabiać przedsiębiorczy rodacy.
Aleksandra Trębska otworzyła w Londynie polskie biuro matrymonialne Polish
Dating Agency. "Pracujące tu Polki czują się samotne" - opowiada. "Po tym, jak
masz pracę i zaczynasz zarabiać pieniądze, sama praca przestaje wystarczać" -
zdradza motywy zamieszczania anonsów.
Do Polish Dating Agency w niespełna
10 miesięcy zapisało się ponad 300 rodaczek. Teraz do biura zgłaszają się po
partnerki kawalerowie z całej Wielkiej Brytanii. "Otrzymałam już kilkanaście
próśb o założenie filii w Birmingham, Liverpoolu i Nottingham" - zdradza
rozmówczyni "Metra".
|
11.08.2007
Małżeństwo przedłuża życie
Osoby, które nigdy nie wstąpiły w związek małżeński, są bardziej zagrożone przedwczesną śmiercią - informuje "Journal of Epidemiology and Community Health".
Badania przeprowadzone przez profesora Roberta Kaplana z University of California w Los Angeles objęły niemal 67 000 dorosłych mieszkańców USA. W roku 1989 niemal co druga z objętych badaniami osób była w związku małżeńskim, a mniej więcej co dziesiąta była wdową lub wdowcem. Rozwiedzeni stanowili 12 procent, natomiast 3 procent - osoby w separacji. Z pozostałych 5 procent żyło w konkubinacie, a jedna na pięć nigdy nie brała ślubu.
Jak można się było spodziewać, najbardziej ryzyko przedwczesnej śmierci zwiększały zaawansowany wiek i słabe zdrowie. Za to stabilne małżeństwo miało związek z dłuższym życiem. Po uwzględnieniu wieku, stanu zdrowia i wielu innych czynników okazało się, że w okresie obserwacji (1989-1997)osoby owdowiałe były niemal o 40 procent bardziej narażone na śmierć, natomiast w przypadku rozwiedzionych czy w separacji ryzyko rosło o 27 procent. Natomiast osoby, które nigdy nie zawarły małżeństwa, były aż o 58 procent bardziej narażone na śmierć niż rówieśnicy, których małżeństwo trwało od roku 1989.
Związany z bezżennością wzrost ryzyka był większy w przypadku kawalerów i panien o dobrym i bardzo dobrym stanie zdrowia i dotyczył w większym stopniu mężczyzn niż kobiet. Kawalerowie między 19 a 44 rokiem życia umierali dwa razy częściej niż żonaci. W młodszej grupie wiekowej najczęstszą przyczyną śmierci były choroby zakaźne i "czynniki zewnętrzne", natomiast wśród osób starszych i w średnim wieku - choroby układu krążenia oraz choroby przewlekłe.
Zdaniem autorów badań "ryzykowne zachowania" nie wyjaśniają stwierdzonych różnic - kawalerowie i panny palili niewiele więcej, pili zaś nawet mniej regularnie niż rówieśnicy żyjący w małżeństwie. Częściej także ćwiczyli i mieli mniejszą nadwagę.
|
16.05.2006
Wyszłaś za mąż? Sprawdź swoje konto w ZUS
"Gazeta Wyborcza" pisze o mieszkance Szczecina, której ZUS przestał płacić składki do otwartego funduszu emerytalnego po tym, jak wyszła za mąż.
Po zmianie nazwiska kobieta poinformowała o tym pracodawcę, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i swój fundusz emerytalny. Jednak po jakimś czasie dowiedziała się, że ZUS nie przekazuje jej składek do funduszu. Po wyjaśnieniu sprawy okazało się, że gdy poinformowała Zakład o zmianie nazwiska, w ZUS-ie założono jej drugie konto. Teraz nie można go połączyć z tym, które istniało wcześniej. Szczeciński oddział Zakładu nie może wyjaśnić sprawy. Trzeba to zrobić w systemie komputerowym w centrali w Warszawie. Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo.
Gazeta pisze, że w całym kraju ZUS musi uporządkować blisko 200 tysięcy kont. Część z nich to kilka kont, założonych dla jednej osoby, które trzeba połączyć. Rzecznik Zakładu Przemysław Przybylski wyjaśnił, że przyczyną zakładania podwójnych kont jest często złożenie nieodpowiednich dokumentów przez klienta i ponowne zgłoszenie tej samej osoby zamiast zmiany jej danych.
Przybylski zapewnił, że jeśli do pomyłki doszło z winy ZUS, to Zakład przekazuje do funduszu należne odsetki. Jednak ekspert z Biura Rzecznika Ubezpieczonych Joanna Owczarek ostrzega, że odsetki są niższe niż zysk wypracowany przez fundusz, a więc lepiej pilnować, co się dzieje z naszymi składkami.
Więcej w "Gazecie Wyborczej" z 16.03.2006.
|
04.03.2006
Uwaga na podatek od prezentów ślubnych
"Rzeczpospolita" pisze, że z powodu nieżyciowych
przepisów młode pary mogą zapłacić podatek od prezentów ślubnych. Aby
tego uniknąć, muszą pamiętać o limitach darowizn.
Dziennik wyjaśnia, że drogie prezenty podlegają
ustawie o podatku od spadków i darowizn. Nie zapłacimy podatku za
upominki od najbliższej rodziny, pod warunkiem, że ich wartość nie
przekroczy 9637 złotych. Limit w przypadku prezentów od osób
niespokrewnionych wynosi 4902 złote.
"Rzeczpospolita" pisze, że podatnik powinien wykazać droższe podarunki w
swoim zeznaniu. Dodaje, że obowiązek ten budzi naturalny opór, a
przepisu prawie nikt nie przestrzega. Mimo to, urzędy podchodzą do
zagadnienia ze śmiertelną powagą.
Jeżeli więc wyda się, że nowożeńców obsypano drogimi prezentami, nie
mogą liczyć na pobłażliwość fiskusa. Tak samo obdarowywani upominkami
urodzinowymi i gadżetami na wieczór kawalerski. "To oczywiście absurd" -
pisze "Rzeczpospolita", dodając, że chyba dlatego Ministerstwo Finansów
planuje likwidację podatku od darowizn w najbliższej rodzinie.
Więcej w "Rzeczpospolitej" z 04.03.2006.
|
19.02.2006
Ślub
kościelny bez "co łaska"
Proboszcz radomskiej parafii
katedralnej poinformował, że jest gotów zrezygnować z
opłaty za udzielenie sakramentu małżeństwa wobec osób po
ślubie cywilnym - pisze "Metropol".
Ksiądz Edward Poniewierski z parafii pod wezwaniem Opieki
NMP ogłosił to w trakcie niedzielnego kazania. - W czasie
kolędy spotkałem się z tłumaczeniem, że małżeństwa nie
zdecydowały się na sakrament małżeństwa, ponieważ nie mają
pieniędzy - mówi ksiądz Poniewierski. - Na taki argument
można odpowiedzieć tylko tyle, że to nie jest kwestia
pieniędzy, ale problem lichej wiary człowieka - dodaje
ksiądz.
Jak mówi, zdecydował się na ogłoszenie tego, ponieważ
zbliża się czas nawiedzenia jego parafii przez obraz Matki
Boskiej Jasnogórskiej. Nawiedzenie będzie odbywało się pod
hasłem "Maryja przychodzi uświęcać nasze rodziny", a
według księdza jedynie w przypadku sakramentu małżeństwa
można mówić o pełnej rodzinie. Jak podkreśla, jego słowa
były skierowane do małżeństw bez sakramentu, które nie
mają żadnych innych przeszkód w jego zawarciu.
Jak podkreśla ksiądz Poniewierski, nigdy nie stwarzał
problemów ze ślubem osobom w trudnej sytuacji materialnej,
zapewnił też, że jest to powszechna praktyka w Kościele. W
radomskiej parafii zwyczajowa ofiara za sakrament
małżeństwa to 700 zł. (PAP)
|
|